Księżniczka bez serca z Wierzbna


W Wierzbnie nad jeziorem Miedwie stał niegdyś okazały gród z wieżą widoczną z daleka. Mieszkała w nim księżniczka, a wraz z nią dworki, dworzanie, służebne i pachołki. Księżniczka była wyniosła i dumna, otwierała usta niemal zawsze tylko po to, aby wydawać szorstkie rozkazy, nieraz nazbyt trudne do wykonania, nigdy zaś na tych ustach nie zagościł uśmiech. Lubiła też podkreślać swą władzę przepychem, jakim się stale otaczała. Izby mieszkalne były wspaniale urządzone, szaty nosiła kosztowne, zastawa stołowa uderzała wykwintem i bogactwem.

Były tu puszyste skóry niedźwiedzi, rozłożone na podłodze, na ścianach wisiały olbrzymie rogi tura, łosia i jelenia, lśniące płótna i subtelne hafty pokrywały stoły, po bokach stały skrzynie rzeźbione i malowane. W skrzyniach tych znajdowały się delikatne tkaniny, paciorki ze złocistego bursztynu lub z modrego i zielonego szkła oraz wyroby ze złota i srebra. Księżniczka bowiem nie zadowalała się pięknymi wprawdzie, ale powszechnymi na Pomorzu bursztynami i sprowadzała wyroby zagraniczne, jak filigrany srebrne, które zawieszała na szyi jako wisiorki, lub kolczyki o niezwykłych kształtach winogrona, koszyka czy gwiazdy.

W skrzyniach lśniły także szerokie taśmy misternie wykute ze srebra lub złota, diademy do podtrzymywaniu włosów. A wszystko to tchnęło taką lekkością i subtelnością, jakby zrobione było nie z metalu, lecz z puchu. ie dziw więc, że kobiety oglądające te kosztowności nie mogły się powstrzymać od okrzyków zachwytu.

Gród był doskonale zaopatrzony we wszystko, a szczególnie w jedzenie i picie. Spichrze pękały od zboża zwożonego przez chłopów po każdych żniwach. W komorach nagromadzono połcie wieprzów i wołów, które sąsiednie wsie oddawały jako obowiązkową daninę. W obszernych piwnicach stały beczki jedna przy drugiej, wszystkie wypełnione śledziami, a dlaczego śledziami — zaraz się okaże.

Zła księżniczkaKsiężniczka była bardzo wymagająca nie tylko w strojach, ale też w jedzeniu. Służebne dużo, się musiały namozolić, nim ubrały swoją panią, a bywało, że zelżone przez nią z lada powodu, gorzko płakały. I kuchmistrz z drżeniem serca wchodził do jej komnaty. Złożywszy głęboki ukłon, pytał zalęknionym głosem:

– Co wasza wysokość zechce zjeść na obiad?

– Dziś chcę mieć głuszca.

—    Nie mamy, wasza wysokość, głuszca w spiżarni.

— Dlaczego nie masz ? — ostro pytała księżniczka. — Czy nie stać umie na to, aby w moim grodzie było wszystko, czego zapragnę?

—    Dostojna pani -— kucharz zgiął się w najgłębszym pokłonie. — Głuszców teraz nikt nie zdoła upolować.

—    Nie zdoła?… Zawołać do mnie łowczego.

Gdy i łowczy zapewnił ją, że głuszce ustrzelić można jedynie na wiosnę, gdy tokują, księżniczka zagniewana i zniechęcona rozkazywała:

Dajcie mi pieczeń z łosia.

Biada kucharzom i łowczym, jeśli i tego życzenia nie spełnili! Wieczorem pani grodowa jadła tylko potrawy lekkostrawne,  a najczęściej, nie zgadniecie… ikrę i mlecz śledzi. Po południu przychodził do niej kucharz spokojny, nawet pewny siebie i odgadując z góry życzenie księżniczki, pytał z uśmiechem:

Co wasza wysokość zechce zjeść na wieczerzę?

Podaj mi kołacz, ikrę i mlecz.

Powtarzało się to niemal codziennie. Z wyjątkiem dni, kiedy  do grodu przybywali goście — a zdarzało się to rzadko, wnętrzności śledzi były wieczorną potrawą spożywaną we dworze. Dlatego w piwnicach stały dziesiątki i setki beczek ze śledziami. Z kilkudziesięciu sztuk wykrawano ikrę i mlecz, aby starczyło dla księżniczki i jej dworek. Bo dworki musiały jeść to samo co pani, chociaż w duszy często się na to oburzały. Wypatroszone śledzie składano z powrotem do beczek, korzystając z tych zapasów tylko wyjątkowo dla nakarmienia służby lub psów.

Pewnego roku w całej okolicy zapanował głód. Zewsząd słychać było narzekania na złe plony. Także chłopi z podgrodzia w Wierzbnie cierpieli głód, który szczególnie dał im się we znaki na przednówku. Zwykle starczało im zboża do wiosny, przynajmniej tyle, by piec lacki i gotować żur z kluskami, a bywało nawet, że część zboża mogli zamienić na śledzie, które zasolone lub zasuszone dawały zapas pożywienia na całą zimę. W tym jednak roku przed wieśniakami rysowała się czarna przyszłość, bo mimo największej oszczędności zasób zboża skończył się już w zimie, a śledzi nie mieli w ogóle.

Ludzie spoglądali jeden na drugiego. Nadszedł głodowy przednówek. Szeptali do siebie:

—    Nie ma co włożyć do gęby, nawet dzieciakom nie można dać po kawałku chleba. Co robić? Co to będzie?

Gdy w skrzyniach z mąką pokazało się dno, niepokój doszedł do szczytu. Chłopi zaciskając pięści zeszli się na naradę. Zebranie zagaił starzec Wlich. Powiedział trzęsącym się głosem:

—    Wiecie wszyscy, że ostatnie żniwa były bardzo liche, zboże już na pniu to była jeno marlina. Głód jest już chyba w każdej chałupie. Nikt tu sam nic nie poradzi, trzeba nam działać kupą. Wprzód powiedzcie szczerze, czy w jakiej chałupie jest jeszcze coś do zjedzenia, byśmy mogli poratować tych najbiedniejszych, co opadli już z sił.

Okazało się jednak, że w całej wiosce nikt nie miał tyle zboża lub mąki, żeby mógł oddać sąsiadowi. Wszyscy to powiedzieli, a mówili prawdę.

—    Wszędzie bieda aż śmierdzi — orzekł Wlich.

Chłopi doszli do przekonania, że sami sobie nie pomogą. Po długich rozważaniach jeden z nich poddał tę myśl:

—    Musimy kogoś poprosić o ratunek, bo inaczej zginiemy.

—    Ale kogo ? — pytano — Kogo ?

Wtedy ktoś podsunął:

—    Idźmy do pani grodowej, może ona da nam jakieś wsparcie.

Ale zaraz pojawiły się wątpliwości, bo wszyscy dobrze ją znali.

Wlich powiedział:

—    Dumna to pani. Nie wiadomo, czy nas przyjmie, czy wysłucha. Wszak wszyscy mówią, że to bieśnica.

—    Trzeba jednak spróbować — odpowiadano — może coś wskóramy.

Uradzono więc wysłać przedstawicieli wsi, z Wlichem na czele do władczyni grodu. Kiedy przygarbione postacie, odziane w nędzne siermięgi, zbliżały się do siedziby księżniczki, strażnik na wieży począł dąć w róg, a giermek przyleciał do brony, popatrzył, kto zacz, zawrócił i pędem pobiegł do pani z oznajmieniem:

—    Chłopi idą do grodu. Czy mamy ich wpuścić ?

Zdziwiła się pani grodowa. Niebywała to rzecz, żeby chłopi, nie wołani, kupą przychodzili do grodu, jakby czegoś żądali.

—    Chłopi, powiadasz?… A czegóż oni chcą?… Ach, zresztą wszystko jedno, niech sobie włażą.

Podniesiono żelazną kratę, chłopi przeszli przez podwórzec i stanęli przed obliczem księżniczki. Zimnym okiem popatrzyła na nisko pochylone postacie, na poorane nędzą twarze, ale ani słowem, ani ruchem nie zachęciła ich, aby mówili. Stała jak kamienny posąg. Chłopi głębokim pokłonem oddali cześć, potem wystąpił stary Wilch i tak przedstawił cel poselstwa:

—    Przyszliśmy, dostojna pani, aby was prosić o pomoc. Nasze białki nie mają już nic, co by mogły włożyć do garnka. Głodujemy. Zlitujcie się nad nami, dostojna pani, dajcie choć trochę mąki lub Kilka beczek śledzi, które stoją w piwnicach grodowych.

W czasie całej przemowy Wlicha piękne oblicze władczyni grodowej pozostało nieporuszone. Dopiero gdy wspomniał on o beczkach ze śledziami, przez twarz jej przeleciała chmura niezadowolenia. Pomyślała: „Cóż to, pospólstwo wdziera się w moje sprawy?… Wara im”.
Gdy Wlich skończył, pani potoczyła złowrogim spojrzeniem po zebranych chłopach i powiedziała:

—    A więc wy nie tylko zaniedbujecie swego obowiązku, który nakazuje wam przynosić do grodu dziesięcinę od zboża i bydła, ale jeszcze śmiecie przychodzić z żądaniem, abym ja dawała wam żywność? Niedoczekanie wasze, nic wam nie dam. Wynoście się stąd!

A gdy chłopi w swych szarych siermięgach, miętosząc w dłoniach czapki, stali bezradni, przygnębieni słowami pani i ociągali się z wyjściem, księżniczka zawołała pachołków i kazała wyrzucić chłopów z komnaty. Powlekli się ku bramie. Przyzwyczajeni do poddaństwa i posłuszeństwa milczeli, ale w sercach ich wrzał bunt. W myślach rzucali na nią przekleństwa, niejeden nawet szeptał, tak aby straż nie słyszała: — Bieśnica!

Pani z szyderczym uśmiechem patrzała za odchodzącymi. I aby oddalić od siebie wszelką pokusę litości i łaskawości, zawołała pachołka:

Zaprzęgniesz dwa konie do dużego wozu, razem z giermkiem załadujesz pełną furę beczek ze śledziami, tymi bez ikry, zawieziesz je do jeziora Miedwie i tam zatopisz.

Posłuszna służba wykonała rozkaz swej pani. Beczki ze śledziami zostały zatopione w jeziorze. Powierzchnia wody zakołysała się przyjmując to, co mogło nakarmić wielu zgłodniałych, potem fala się uspokoiła. Ale wieść o tym okrutnym czynie rozeszła się wśród ludzi. Zgłodniałe chłopstwo zaczęło otwarcie i głośno przeklinać księżniczkę:

—    Kobieta bez serca, niegodna, by ją święta ziemia nosiła!

Księżniczka, dowiedziawszy się o tych złorzeczeniach, urągała chłopom wobec dworek i służby:

—    Niech sobie wyklinają, ile im się podoba. Chłopstwu zachciało się książęcego mienia. Nic nie dostaną. Wolę wszystko zmarnować, niż im dać cokolwiek!

I żeby pokazać, jak bardzo drwi sobie z ich nędzy, pewnej nocy kazała pachołkom posypać solą drogę przez wieś. Wyglądało to, jakby spadł śnieg. Rankiem zaś jechała tą drogą saniami zaprzęgniętymi w konie, które były obwieszone nie tylko dzwonkami, ale i kołaczami.

Ludzie, widząc w saniach urągliwie uśmiechającą się księżniczkę, widząc kołacze zawieszone na uprzęży końskiej, tą zuchwałością i marnotrawstwem byli doprowadzeni do wściekłości. Nie bojąc się już zemsty, otwarcie rzucali na nią przekleństwa i grozili jej pięściami.

Nie upłynęło wiele czasu, a zasłużona kara dosięgła księżniczkę. Kiedy z tej dziwacznej wyprawy wracała do grodu, pełna mściwego zadowolenia, nagle zagrzmiało i z jasnego nieba piorun uderzył w sanie, zabił księżniczkę i konie obwieszone kołaczami. Cały gród zaś ze wszystkim, co się w nim znajdowało, zapadł się pod ziemię.

Autor: Władysław Łęga „W Krainie Gryfitów” 1986

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *