Opat Bruno z Kołbacza


OpatNiepomiernie zasmucił się opat Bruno, kiedy powołaniem wyższym przyszło mu opuścić rodzinne strony i wyjechać daleko na północ, nad Morze Bałtyckie, gdzie klimat surowy i słońce nie zawsze świeci. Od tego czasu przepadł bez śladu jego dotychczasowy humor, znikło gdzieś dobre samopoczucie, w sercu zaś zagnieździły się gorycz i głęboka uraza do wszystkiego i wszystkich. Nie dostrzegał zupełnie, że i tutaj co roku wiosna rozwija pąki drzew, a słonko zsyła życiodajne promienie, że i tu jesień rozsiewa wśród lasów całą gamę najpiękniejszych barw. Nie słyszał również śpiewu słowików w ciepłe majowe noce. Zgorzkniały i zamknięty w sobie przebywał myślami pod niebem południa, wśród oliwkowych gajów.

Bardzo przykre były dla niego godziny wspólnych posiłków. Siedział wówczas pośród zakonnych współbraci niemy i obojętny na wszystko, odsuwając wzgardliwie miskę z tłustą wieprzowiną czy też twardszą pieczenią z jelenia lub innej dziczyzny. Jeśli już głód zmusił go do jedzenia, wówczas ledwie dotykał najlepszych kąsków, żując je jakby od niechcenia, z wyrazem niesmaku na twarzy. Zakonnicy ukradkiem spoglądali jeden na drugiego i dziwili się wielce swemu przełożonemu, ale nic mówić nie śmieli.

Najcięższe jednak chwile przeżywał w okresie wielkiego postu. Z głębokim obrzydzeniem patrzał na braciszków zakonnych, jak z apetytem zdrowych chłopów jedli wielkimi kęskami razowy chleb, i to nawet bez żadnej omasty. Sącząc małymi łykami kubek cienkiego piwa, z pogardą myślał o tych pobożnych prostakach z północnej krainy. Skądże ci tutaj mogli mieć pojęcie o smakołykach, jakie codziennie przynoszono na stoły w jego ojczystej Italii? Na tę myśl łzy żalu same napływały mu do oczu.

Pewnego dnia, a był to właśnie czas wielkiego postu, wyszedł opat do ogrodu klasztornego i zasmucony niezmiernie, długo krążył tam i z powrotem wysypanymi żwirem ścieżkami. Na podniebieniu czuł jeszcze obrzydliwy smak owsianej zupy, którą brat kucharz zgotował na wieczerzę.

Właśnie miał wracać do celi, gdy nagle ujrzał przed sobą jakiegoś człowieka w cudzoziemskim odzieniu. Jego wysoką postać okrywała brązowa peleryna, sięgająca do samej ziemi. Na głowie miał trójgraniasty kapelusz, spod którego wyglądała twarz o regularnych rysach.

— Kim jesteś, panie — zapytał zdumiony opat — i co tu robisz w klasztornym ogrodzie?

Cudzoziemiec zdjął z głowy kapelusz i skłonił się głęboko. Opat zauważył jego długie, do góry zaczesane czarne włosy, pod którymi juk gdyby coś ukrywał. Jednakże nie przywiązywał do tego szczegółu baczniejszej uwagi i czekał na odpowiedź przybysza.

—  Kłaniam się nisko, świętobliwy ojcze — rzekł gładko nieznajomy — i przywożę pozdrowienia z twych rodzinnych stron.

— Czyżbyś przybywał z mojej słonecznej Italii? — ożywił się nagle Bruno.

— Jest tak, jako rzekłeś. Stamtąd przywiozła mnie droga do północnej krainy.

— Jakże się cieszę z tego spotkania! —rzekł opat i ująwszy niezwykłego gościa pod ramię, posadził go na stojącej obok ławeczce. — Opowiedz mi, proszę, o wszystkim, co się w moim kraju dzieje, bo już od wielu lat tamtych stron nie oglądam.

Znam w dalekiej Italii niewielki, lecz piękny klasztor, położony nad morskim wybrzeżem wśród zielonych winnic i łagodnych pagórków…

—    Jako żywo! — zawołał wzruszony opal. – Toż to jest właśnie klasztor, w którym wiele lat przebywałem i który ze łzą w oku wspominam. Zechciej mi opowiedzieć, co się tam teraz dzieje, a wielką radość sercu memu sprawisz.

Przybysz nie odpowiedział jednak zaraz, lecz zapatrzył się w dal i milczał przez dłuższy czas. Ciekawość opata rosła z każdą chwilą i ledwie nad sobą panował, by własnej godności niecierpliwym pytaniem na szwank nie narazić.

—    Dobrze się tam żyje waszym współbraciom, wielebny opacie – zaczął wreszcie przybysz swą opowieść. — Jadła co przedniejszego i win najlepszych mają tam pod dostatkiem. Drób delikatny, na rożnie pieczony, indyki i kapłony — wszystko tak wspaniale przyrządzone, że aż się zapach po całej okolicy rozchodzi. A oprócz tego różne owoce: złociste pomarańcze, figi, cytryny… Mają doprawdy w czym wybierać! Na wielki zaś post, który przecie jednakowo tu i tam się obchodzi, codziennie prawie mają na stołach sieję rozmaicie przyrządzoną…

—    Sieję, powiadasz… — podchwycił opat i ślina pociekła mu po brodzie. — Mów dalej, proszę, mów!

—    O, to przecież zwykła u nich ryba! — ciągnął dalej przybysz, a twarz jego oblekł wyraz zdziwienia. — Czyżbyście jej tutaj nie mieli?

—    Ach, cudzoziemcze…!—westchnął opat z goryczą.

Obcy podniósł się z ławki i stanął przed Brunonem.

—    Ależ to nic łatwiejszego! — zawołał.-—Jeśli tylko zechcesz, mogę jej wam w każdej chwili dać tyle, że starczy dla wszystkich.

Smak ulubionej ryby tak zawładnął wyobraźnią Brunona, że nie panując już nad sobą, zawołał:

—    Wszystko, co zechcesz, oddam za potrawę z siei!

—    Zgoda! – rzekł wówczas cudzoziemiec i skłonił się głęboko, trzymając kapelusz w ręce. Opat dostrzegł w tej chwili zupełnie wyraźnie końce rogów, wystające spod jego włosów.

—    Do jutra rana zatem! Nim pierwszy kogut zapieje, przyniosę ci ulubioną rybę, ty zaś po śmierci oddasz mi swą duszę na własność. Trzymam cię za słowo!

Zrozumiał wówczas opat, że wpadł w diabelskie sidła. Już teraz nie miał innego wyjścia, jak zgodzić się na jego warunki. Resztki oporu zwyciężyło uczucie głodu i wymarzony smak ryby, za którą od tak dawna tęsknił.

W tej chwili diabeł klasnął w dłonie, zwinął się w powietrzu i wzniecając tumany kurzu, zniknął opatowi z oczu.

Przez długi czas opat Bruno siedział bez ruchu na ogrodowej ławeczce. Blady strach padł jak nieznośny ciężar na jego duszę. Jakże on – opat i przełożony klasztoru — mógł się dopuścić podobnego występku? Jak mógł tak się dać uwieść diabelskim słowom? W tej chwili zrozumiał z całą jasnością, że nieopanowane łakomstwo i zaniedbanie obowiązków duchownego stanu sprowadziły go z drogi uczciwości i przyniosły zgubę. Oczyma wyobraźni widział już siebie w mękach potępienia, widział, jak diabeł bierze go na widły i wrzuca do olbrzymiego kotła z gotującą się smołą.

Prawie nieprzytomny podniósł się z ławki i chwiejnym krokiem udał się do kościoła. Tam przed ołtarzem upadł na twarz i leżał przez wiele godzin.

Było już dobrze po północy. Jeden z młodszych braciszków, pomocników kuchennych, szedł właśnie do studni po wodę. Rozpalił ogień pod kuchnią i zabierał się do przygotowania polewki z owsa na śniadanie dla mnichów. Przechodząc koło kościoła, ze zdziwieniem zauważył otwarte drzwi i nikły blask świecy migocący w głębi nawy. Zaciekawiony wszedł do środka i ujrzał na posadzce zakonnika leżącego krzyżem przed głównym ołtarzem. Braciszek podszedł jeszcze bliżej. Jakież było jego zdziwienie, gdy w leżącym rozpoznał samego opata. Zaniepokojony, a jednocześnie onieśmielony tym niespodziewanym spotkaniem, dotknął ręki leżącego. Opat podniósł się na kolana i wówczas ukazała się jego zalana łzami i wykrzywiona udręką twarz.

—    Cóż to wam jest, przewielebny ojcze? — zapytał braciszek nieśmiałym głosem.

Zgnębiony nieszczęściem, opat Bruno zapomniał o swej wysokiej godności.

—    Zgrzeszyłem, synu! — rzekł pokornie. — Zgrzeszyłem ciężko i nic mnie już od piekła nie wybawi!

Młody braciszek słuchał tych niezwykłych słów z prawdziwym zdumieniem. Że jednak był dość sprytnym młodzieńcem, a pochodził z niskiego stanu, pomyślał tedy, że nadarza mu się oto jedyna chyba w życiu okazja, by zyskać łaski u możnego opata. Toteż klęknął przy nim i rzekł:

—    Pozostanę tu przy was, przewielebny ojcze, i w największej pokorze uczynię, co tylko zechcecie, by od was nieszczęście odeszło.

Wówczas skruszony opat wyznał szczerze ubogiemu braciszkowi, że uległ diabelskim pokusom i teraz czeka go wieczne potępienie. Ten słuchał wszystkiego cierpliwie, a później rzekł:

—    Zechciej mi, wasza wielebność, zaufać. Wychowałem się w ubogiej wiosce, gdzie ludzie wiele sposobów na czarta znają. Mam więc nadzieję, że i teraz, jako dawniej bywało, poradzę sobie ze starym wygą.

—    Rób, synu, co uważasz za najlepsze — odpowiedział Bruno z błyskiem nadziei w oczach — a zyskasz moją wdzięczność do końca życia. Ja zaś będę się do rana modlił za powodzenie twych zamiarów.

W czasie gdy pogrążony w modlitwie opat klęczał przed ołtarzem, braciszek po cichu wyszedł z kościoła, usiadł na klasztornym murze i uważnie nasłuchiwał. Właśnie niebo na wschodzie zaczęło różowieć, gdy poczuł oddech ciepłego powietrza, dochodzący od południowej strony. Oddech ten stawał się coraz silniejszy i gorętszy. I wtedy sprytny braciszek ujrzał nad wodami jeziora Miedwie diabła w postaci jastrzębia. Dźwigał on w szponach jakiś ciężar.

—    Tuś mi, bratku! — zawołał. — Poczekaj, zaraz cię przywitam!

To mówiąc zeskoczył z muru i zaczął udawać kwilenie jastrzębia.

Natychmiast w klasztornym kurniku odezwały się koguty, przeraźliwie ostrzegając ptasi ród przed niebezpieczeństwem. Nad jeziorem nie było już widać olbrzymiego jastrzębia, tylko czarną chmury, a potem rozległ się straszliwy głos, miotający dzikie przekleństwa, i coś się zaczęło sypać do wody. Po chwili na dziedziniec upadf pusty worek. Chmura odpłynęła i wszystko ucichło.

Tak to dzięki przemyślności prostego braciszka łakomy opal uniknął piekielnych mąk, a przyniesiona z Italii sieja do dziś mieszka w w lach jeziora Miedwie.

Auror: Gracjan Bojar-Fijałkowski „W Krainie Gryfitów” 1986

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *